„Pomimo 25 lat transformacji nie doczekaliśmy się silnych i powszechnie rozpoznawalnych marek miast. W tym samym czasie w Hiszpanii, będącej dla Polaków częstym punktem odniesienia, wykreowało się kilka mocnych i rozpoznawalnych” – pisze Bartosz Kotowicz w Marketingu w Praktyce. Mimo to miesięcznik podaje przykłady polskich miast, które świadomie i konsekwentnie tworzą swoją markę.
Szczecin kusi wizją miasta-ogrodu, Poznań to miasto know-how, Gdańsk odnosi się do dziedzictwa Solidarności. Z drugiej strony stolica promuje się nijakim hasłem „Zakochaj się w Warszawie”, Kraków używa naprzemiennie dwóch znaków promocyjnych, a hasło Wrocławia w żaden sposób nie nawiązuje do logo miasta „ani nie jest częścią szerszego projektu tworzenia marki Wrocław”.
Nie tylko duże miasta mają problemy ze swoimi markami. Często władze miejskie ogłaszają otwarte konkursy na logotypy. „Nie oszukujmy się – próby włączenia wszystkich do projektowania są z góry spisane na straty i przynoszą opłakane efekty” – czytamy. Zresztą miasta mogą się promować nie tylko logotypem, ale także herbem. „Nasuwa się oczywiste pytanie – czy można budować wizerunek marki miejsca przy użyciu istniejącej symboliki, tzn. herbu, godła, flagi? Moja odpowiedź na tak zadane pytanie jest prosta. Można, choć to zdecydowanie ogranicza jego wymiar” – pisze Kotwicz. Jako przykład podaje Sztokholm, który promuje się swoim herbem. Dodaje jednak, że znak ten jest „prostym jednoelementowym symbolem przedstawiającym twarz św. Eryka, który w dodatku został poddany delikatnemu liftingowi” a towarzyszy mu nowoczesny język wizualny i specjalnie zaprojektowane liternictwo. (ks)
Marketing miejsc – sprawdź moduł kursu internetowego dla PR-owców Akademii PRoto